Relacja Opole 2007

Nagle nastąpił dramat. Gdzie ten cholerny maszt od namiotu?! Zostało już tylko kilka godzin do odjazdu pociągu do Opola, a ja i Igi wciąż w panice przetrząsaliśmy każdy kąt Zamku Grodno. Nie dość, że trzeba było w tym czasie wrócić z zamku do Wałbrzycha, to jeszcze należało się spakować i dotrzeć na dworzec PKP. Wywróciliśmy wszystko do góry nogami, przekopaliśmy sterty śmieci i nic. Maszt zapadł się pod ziemię. Został nam jeden maszt i dwa namioty. Coż - najwyżej ktoś się walnie pod chmurką. Ten dzień chyba nie był najlepszym dla nas dniem, gdyż wszystko odbywało się na wariackich papierach. Nie dość, że maszt szlag trafił to na dodatek gdzieś pogubiliśmy szpile do namiotu, a i z glejtem turniejowym były problemy. Po dotarciu do Opola, na dworcu PKP zdaliśmy sobie sprawę, że nikt z nas nie zapoznał się z planem tegoż miasta, toteż nie mamy zielonego pojęcia, w którą stronę się udać by dotrzeć na wyspę Bolko, gdzie miała odbyć się impreza. Artur, który został w domu, siedząc przy komputerze próbował wyjaśnić nam w sms-ach jak tam dojść. Niestety niebardzo mieliśmy możliwość błądzenia po Opolu z komórką w ręku, gdyż namioty, jeden maszt, i sprzęt swoje ważą. W tym miejscu z pomocą przybył Efendi z Opolskiego Bractwa Rycerskiego (Naprawdę jesteśmy Ci bardzo wdzięczni!!!). Przyjechał samochodem z dwójką swoich ludzi. Załadowaliśmy graty do auta, a Efendi przewiózł je nam na wyspę. My natomiast wolni już od ciężaru poszliśmy z chłopakami z Opola piechotą. Spacer nie był długi i po pewnym czasie dotarliśmy na wyspę, która okazała się wspaniałym miejscem. Jak dla mnie wymarzony teren na taką imprezę - duży obszar porośnięty trawą, otoczony gęstym szpalerem drzew. Szybko wyładowaliśmy z samochodu nasze rzeczy i przystąpiliśmy do rozbijania namiotów. Z pierwszym problemów nie było bo był maszt, z drugim.. też nie! Nasze wrodzone inżynierskie zdolności sprawiły, że w mgnieniu oka zmajstrowaliśmy maszt z kilku listewek zgromadzonych nieopodal. Nieskromnie dodam, że udało nam się to również dzięki temu, że w domu wrzuciłem do plecaka sznur. Kto oglądał Świętych z Bostonu doskonale wie, że sznur/lina zawsze się przydają. Koniec końców namioty stanęły o "własnych siłach" i muszę szczerze przyznać, że jeszcze nigdy nie udało nam się ich tak perfekcyjnie rozłożyć. Niech żyje prowizorka!!! Dzień się powoli kończył, ludzie się jeszcze zjeżdzali, wiec nie pozostało nam nic innego jak trochę poimprezować we wpólnym gronie. Tak też z ochotą uczyniliśmy. W międzyczasie odbyła się odprawa dowódców, na której organizator zapoznał nas z zasadami i ramowym programem imprezy. Wprowadził też w życie moim zdaniem bardzo fajny pomysł dotyczący zdobywania jedzenia i napitku na turnieju. Otóż każda osoba otrzymała 4 monety które można było w obozowej kuchni wymienić na jadło lub napitek. Osoba, której monet zabrakło mogła dostać ich więcej w zamian za wykonanie jakiejś pracy - np. narąbanie drewna pod obozowy ruszt. Pomysł jak wspomniałęm bardzo ciekawy ale niestety realizacja trochę zawiodła. Poprostu wspaniałe dziewczyny w kuchni miały zbyt dobre serduszka i nie zmuszały nikogo do wysiłku. Toteż można było się najeść i napić bez płacenia. Następnego dnia przed południem turniej oficjalnie się rozpoczął. Nastąpiła prezentacja ekip, które się zjawiły i wręczanie glejtów organizatorom. Potem wszyscy się rozeszli, oczekując na zaplanowane atrakcje. Pendzel - nasz bractwowy rzemieślnik rozłożył swój kram, wśród innych straganów, a my nieśpiesznie przechadzaliśmy się w tę i spowrotem. Powoli rozpoczynały się poszczególne konkurencje. Można było spróbować swoich sił w rzucie nożem, toporem i włócznią, wziać udział w turnieju łuczniczym oraz turnieju bojowym, który był organizowany zarówno dla "wczesnych" jak i dla "późnych". Nie zabrakło oczywiście biegu dam do którego załapał się Psycho - członek Drużyny Walgard, który jeździ w zasadzie tylko z nami na większość imprez. Stanowił żywy cel dla pewnej damy usiłującej trafić go porcją marmolady - bodajże truskawkowej. Do każdej konkurencji oczywiście stanęliśmy, no i zgodnie z naszą waleczną naturą i drużynową tradycją nic nie wygraliśmy. Chociaż w rzucie nożem Igi był bardzo blisko - niestety w trakcie zawodów polazł gdzieś i nie usłyszał jak go wywołują na finał. Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi nadszedł czas na bitwę. Zasady były proste. Jedni siedzą w prowizorycznym grodzie, na zewnątrz hasają sobie dziewczyny, nagle wpadają Ci źli i dobierają się do dziewcząt. Nastąpiła krótka część fabularna, a potem już wszyscy ruszyli na żywioł tłukąc się bezlitośnie. Całkiem miła bitwa tylko dla mnie za krótka. Jako, że nie miałem jeszcze dość odbyłem dwa niedługie sparingi z ludźmi z innych ekip. Po bitwie rozpoczął się szturm polowej łaźni. Gdy wszyscy jako tako się umyli i poubierali zrobiło się już prawie zupełnie ciemno. Ale to nie był koniec wrażeń! Właśnie szykowano biesiadę. A na biesiadzie jadła i napitku nie brakowało - ale do tego Opolskie Bractwo Rycerskie już nas przyzwyczaiło. Pieczone mięso, kasza z gulaszem, chleb, świeże owoce i warzywa, a to wszystko popychane zimnym piwem. Wkrótce rozpoczęły się śpiewy i tańce przy ognisku. Następnego dnia musieliśmy już niestety wracać do domu. Przed odjazdem pokęciliśmy się jeszcze przy kramach i zakupiliśmy kilka rzeczy. Spotkaliśmy też grupkę ludzi z Kłodzka odtwarzających wojsko pruskie, którzy przyjechali do Opola promować własną imprezę w twierdzy kłodzkiej. Nawet mogliśmy sobie postrzelać z ich brani czarnoprochowej. Czas nas jednak naglił i w końcu niechętnie udaliśmy się na dworzec. Impreza była bardzo udana, a pogoda pomimo obaw była wymarzona.


Micia

Wróć do działu "Artykuły"